środa, 27 stycznia 2021

Cujo, Stephen King.

Z nieprzeczytanymi książkami piętrzącymi się na półkach, szafach i podłogach jest tak: leżą, patrzą wyczekująco, powodują lekkie ćmienie głowy spowodowane wyrzutami sumienia. Z nieprzeczytanymi książkami, które wyszły spod pióra ulubionego autora jest tak: leżą, patrzą ze wzgardą, powodują migrenę spowodowaną bólem duszy. I wyrzutami sumienia. Cujo prześladował mnie od kilku dobrych miesięcy. Jedyne co mnie powstrzymywało to strach przed książką o psie, która może mi się nie spodobać. Bo jest o psie. Z wścieklizną. Bałam się mieć rację. Dobrze, że się myliłam.



Fabularnie wiedziałam dokładnie tyle ile już napisałam w tym pełnym dramatu wstępie. Tytułowy Cujo to bernardyn, który (nie tak dziwnym) zrządzeniem losu zaraża się wścieklizną. Zanim jednak do tego dochodzi, poznajemy go jako rodzinnego psiaka, który uwielbia dzieci. Zero podejrzeń. Poza nazwiskiem autora zajmującym pół frontu. Cujo przewija się w trakcie całej książki, ale trudno go nazwać głównym bohaterem. Zamiast skupiać się na powoli tracącym zmysły psie, nasza uwaga wędruje w stronę dwóch rodzin, nie mających ze sobą wiele wspólnego, poza amerykańskością i liczbą osób w rodzinie (mama, tato, syn). Ich losy przeplatają się przez przypadek i dwa zepsute samochody. Właśnie zdałam sobie sprawę, że dla osoby, która nie miała tej książki w ręce, mój opis fabuły będzie czarną magią. Przepraszam. Możecie dostać albo to, albo tekst przepełniony spoilerami, nie potrafię pisać pomiędzy.

Skupmy się na chwilę na naszych rodzinach, bo to, mimo pozorów, dość ciekawe zestawienie. Pierwsza, dobrze prosperująca, ze swoimi wewnętrznymi problemami, za które druga podziękowałaby z pocałowaniem dłoni. Ojciec pracujący w reklamie, którego firma czasami ma kłopoty, ale zazwyczaj wychodzi z tego obronną ręką. Żona zajmująca się domem, mały synek będący oczkiem w głowie rodziców. Już na początku dowiadujemy się, że największym problemem w tej relacji jest żona zdradzająca swojego męża. Druga rodzina to mąż bijący żonę, brak ciepłego uczucia, może litość, może wstręt. Pojawia się dużo alkoholu, pojawia się złość, pojawia się kobieta, która nie jest w stanie wyrwać się ze swojego więzienia. Pojawia się syn, który powoli zamienia się we własnego ojca. Dostajemy zestawienie dwóch rodzin, które reprezentują ten sam model, a jednak różnią się od siebie diametralnie. Zanudzam was tymi spostrzeżeniami tylko z jednego, dość istotnego powodu: bohaterowie są dźwignią napędową książek Kinga. I fantastyczna narracja. Będę to powtarzać do, cóż, pewnie mojej śmierci. Nigdy nie spotkałam człowieka, który dawałby swoim bohaterom tyle duszy, ludzkości, realności. I tym razem się nie zawiodłam, może nawet posunę się do stwierdzenia, że to jedne z najlepiej wykreowanych relacji w książkach Kinga. Może.

Z historiami Kinga mam stosunki lepsze i gorsze, ale nawet te mniej lubiane przeze mnie powieści, wychodzą z bitew obronną stroną. Cujo doprowadzała mnie do palpitacji serca za każdym razem kiedy miałam w planach po nią sięgnąć. Jeżeli myślicie, że przesadzam, to nie. Nie tym razem. Znam Kinga, wiem, że potrafi go ponieść, nie zawsze w odpowiednim kierunku. Dodam, że zdarza mu się to w książkach, w których głównymi bohaterami są ludzie. Tutaj w tytule mamy imię psa, który traci rozum, widzicie do czego zmierzam? Z jakiegoś powodu byłam przekonana, że to nie może się udać. Myliłam się, cholera. Sama sobie nie wierzyłam, kiedy w końcu przyznałam, że Cujo to książka więcej niż dobra. Wszystko miało sens. Zaskoczenie pierwsze. Historie rodzin były zwyczajnie fantastyczne. Zaskoczenie drugie. Krwawe momenty nie były przedobrzone. Zaskoczenie trzecie. King nie rozpisywał się o migdałach w książce o wściekłym psie. Zaskoczenie czwarte. Ta książka naprawdę.. naprawdę przypadła mi do gustu. Zaskoczenie piąte. Nazwijmy to magią Kinga, albo zaślepieniem Pauliny. Jak wolicie.

Nadal trawię fakt, że coś tak niepozornego, skłaniającego się raczej ku przesadzie, okazało się jedną z najbardziej przemyślanych historii Kinga jakie czytałam. Czasami historie, które nie mają racji bytu w naszej wyobraźni, u kogoś innego potrafią zamienić się w coś wyjątkowego. Nie będę wam wmawiać, że ta powieść zmieni wasze życie, że każdy powinien ją przeczytać, że to najlepsze co King w życiu napisał. Jeżeli jednak jesteście Pauliną przed przełamaniem oporu i sięgnięciem po książkę z imieniem psa w tytule, dodaję wam w tym momencie otuchę i zapewniam, że przeżyjecie. Kto wie, może nawet będziecie się bawić równie dobrze jak ja. Może będziecie niedowierzać jak bardzo się myliliście. Może zostaniecie zainspirowani do napisania książki o wściekłym kocie. Może. Życie jest pełne niespodzianek, Cujo jest jedną z nich.

***
Tytuł: Cujo
Autor: Stephen King
Wydawnictwo: Albatros
Liczba stron: 414
Ocena: 8/10 (nie mogę zaniżyć, choćbym chciała)
***



piątek, 22 stycznia 2021

Po polskiemu #1: Harda i Ślady.

Nie czytam polskich autorów. Jeszcze raz: poza Sapkowskim, nie czytam polskich autorów. Wiem, że to stwierdzenie jest bardzo krzywdzące, ale nie przeszkadzało mi w ignorowaniu rodzimych pisarzy przez ostatnie dwadzieścia siedem lat. Może to wina 'Ogniem i mieczem', które męczyło mnie przed snem kiedy miałam dwanaście lat. Nigdy nie skończyłam, nigdy nie sięgnęłam ponownie, nigdy nie obejrzałam filmu. Może to inny wewnętrzny opór, może to brak popularności polskich pisarzy w moim otoczeniu, może to przeświadczenie o gorszości.. tylko jakiej?

Nie czytałam polskich autorów. Miesiąc temu postanowiłam to zmienić.  

Nie wiedziałam od czego zacząć, mimo, że rozpaczliwie zacząć chciałam. Z drugiej strony bałam się tego nowego rodzaju interakcji w moim życiu.. mogło się okazać, że faktycznie nie nadajemy z polskimi autorami na tej samej fali. Później przypomniałam sobie, że właściwie to czytałam już chyba Pilipiuka. I 'Króla' Twardocha przesłuchałam. Przeżyłam. Napiszę nawet, że mam się dobrze. Postanowiłam pójść na łatwiznę i sięgnąć po pisarzy znanych, lubianych i sprawdzonych. Na początek pani Cherezińska przypadkiem wpadła mi do koszyka. Później pan Małecki zaplątał się w księgarni. Los wybrał, ja przeczytałam..

Harda, E. Cherezińska

Postanowiłam nie wygłupiać się z przedstawianiem autorki, ponieważ większość z was (w przeciwieństwie do mnie) zna ją doskonale. I to nawet niekoniecznie z Hardej, ale wielu.. wielu innych książek, które Pani Cherezińska napisała. Po wszystkich ochach i achach, postawiłam jej poprzeczkę dość wysoko, z małym marginesem błędu wynikającym z mojego dziwacznego gustu czytelniczego, gorszych dni, ewentualnego niezrozumienia. W ostatecznym rozrachunku jestem zadowolona, ale nie zachwycona. Ustalmy, że to naprawdę dobry początek naszej znajomości.

Najlepsza część książki? Świętosława. Jej odwaga, spryt, zadziorność, cięty język.. wszystkie te elementy sprawiły, że chciało mi się wracać do tej historii. Było jej zdecydowanie za mało, ale krążą słuchy, że drugi tom naprawia ten błąd, zobaczymy. Jest oczywiście piękna i wszyscy za nią szaleją, ale umówmy się, bardziej niż jej włosy, podziwiamy jej temperament i inteligencję. Od początku do końca byłam zachwycona jej historią, tak samo jak momentami kiedy na stronach pojawiały się Astryda i Oda. Siła kobiet, ich oddanie, spryt, mądrość.. to największe atuty Hardej, za które jestem wdzięczna. Polubiłam się też z Mieszkiem. Można powiedzieć, że mam do niego sentyment. Chciał dobrze.

Nie wszystko jednak było lukrem posypane. Chociaż lukrem to bardziej polane. Styl pisania autorki nie trafia do mnie w stu procentach, jej narracja bywa ciężka, często odpływałam myślami, zamiast skupić się na tym co czytam. Poza tym, od czasu do czasu, tekstu było jakby za dużo, wiadomości zbyt wiele, zbyt zbędnych. Historii, która mnie interesowała, za mało. Dziejów Świętosławy, naszej tytułowej Hardej, za skromnie. Może wynika to z liczby postaci, których losy śledzimy. Może niezdecydowania czym ta książka w ostatecznym rozrachunku powinna być. Może to tylko ja. Jeśli to ostatnie, nie przejmujcie się. Bywa, że się mylę. A trzeba przyznać, że Harda dobrą książką jest. Nie wspaniałą, ale dobrą.

Tak jak wspominałam wcześniej, koniec końców polubiłam się z panią Cherezińską. Książka była przystępnie ciekawa, złapała mnie za serce, z niektórymi bohaterami się polubiłam, inni niech płoną w piekle, razem z nadmiarem tekstu, który zaserwowano. Czy powinniście czytać? Tak, jeśli lubicie historie historią inspirowane. Nie, jeśli ten gatunek wam w ogóle nie leży. Nie jest to na pewno książka, którą powinien znać absolutnie każdy, ale umówmy się, niewiele jest takich powieści, a i to kwestia sporna. Bez zbędnego rozpisywania się (co jest bardzo w moim stylu, o ironio, a krytykuję innych), 3,5/5. Bo doceniam. Bo polubiłam. Bo sentyment. Bo na dobry początek.


Ślady, J. Małecki

Ze Śladami mam tak: jest dobrze, jest bardzo dobrze, jest lepiej, jest dobrze, fantastycznie, genialnie.. meh. Wszystko jasne?

Nie wiedziałam od czego zacząć przygodę z Małeckim, waszym ulubionym polskim pisarzem, więc poszłam w ciemno, wzięłam z półki, kupiłam, wróciłam do domu i zaczęłam czytać. Po pierwszych stronach wiedziałam, że się polubimy. Po kolejnych dziesięciu, zrozumiałam dlaczego wszyscy (bądź prawie wszyscy) go tak uwielbiacie. Po następnych kilkudziesięciu postanowiłam sięgnąć po jego inne historie. Pod koniec byłam przez chwilę zachwycona, przemyślałam, zachwyt znikł.. ale może od początku.

Książka jest podzielona na rozdziały, z których każdy opowiada historię innego bohatera. Życia wszystkich przedstawionych postaci są ze sobą w jakiś sposób połączone; ktoś jest czyjąś córką, ktoś czyimś sąsiadem, ktoś inny ma dziadka, który kiedyś słyszał o kimś. Niektóre historie są krótkie, inne zasłużyły na więcej cierpliwości ze strony autora. Każda z nich jest na swój własny sposób wyjątkowa. Może w tym miejscu dodam, że czyta się to znakomicie, a narracja Małeckiego mnie urzekła, więc dużej kości niezgody między nami nie będzie, ale..

.. ale zakończenie, które przy pierwszym spotkaniu zwaliło mnie z nóg, po dziesięciu minutach okazało się nie tak dobre jak początkowo śmiałam myśleć. Wróciłam więc na chwilę, przekartkowałam, przeczytałam raz jeszcze. Pojawiły się nieśmiałe pytania: czy autor to naprawdę zaplanował? Czy wpadł na to pod koniec? I najważniejsze, czy na siłę próbował zszokować czytelnika? Szczególnie to ostatnie nie daje mi spokoju. Jakiś posmak robienia czegoś na siłę nadal mnie prześladuje. Rozumiem, że ostatnie strony tej historii miały wprowadzić czytelnika w osłupienie, i nie wątpię, że niejeden zakrztusił się kawą czytając uwieńczenie tych kilkuset stron literatury co najmniej dobrej, jednak po pierwszych wzniesieniach, bardzo szybko i boleśnie zostałam sprowadzona na ziemię przez rozsądniejsze refleksje. 

4/5. Mimo zakończenia, które było satysfakcjonujące dopóki resztki mojego rozumu nie doszły do głosu. Koniec końców, to naprawdę dobrze napisana historia, z losami bohaterów przeplatanymi po mistrzowsku, z pracą autora widoczną na stronach książki. Nadal podtrzymuję, że chcę się z nim jeszcze spotkać któregoś popołudnia i zobaczyć co chowa w rękawie. Myślę, że chowa wiele, więc proszę.. nie zawiedź.

Chciałabym dodać jeszcze coś mądrego ale sprawa wygląda tak: nie pisałam od wieków, nie pamiętam jak to się robi, gubię się w swoich myślach. Mogę tylko powiedzieć (napisać), że pierwsze próby z literaturą polską poszły lepiej niż myślałam, co oznacza, że wina leży po stronie mojej i mojej głupoty. Nie mam pojęcia kto stanie się kolejną ofiarą Pauliny, może znowu sięgnę po coś od pana Małeckiego lub pani Cherezińskiej? Kto wie? Tymczasem kończę rumianek i ten bełkot, lecę pod prysznic i biorę się za pierwszy tom Wojny Lotosowej. Trzymajcie kciuki za dobrą fantastykę. Chyba tego teraz potrzebuję.

Ps. Czytajcie polskich autorów. Okazało się, że nie gryzą.