wtorek, 1 września 2020

Zielona Mila, S. King

Mój dobry przyjaciel. Książka z listy tych, które w jakiś sposób zmieniły moje życie. Lektura dzięki, której jestem tu gdzie jestem. Historia, która ponad dziesięć lat temu nauczyła mnie kochać literaturę trochę inaczej. Ach, no tak. Poznała mnie też z autorem, który stał się towarzyszem wielu bezsennych nocy. Lubię go czasami nazywać autorem mojego życia, wiem, brzmi niemal tragicznie, ale jest jak jest. Zielona Mila. Piszę o tobie od miesiąca i nie potrafię znaleźć odpowiednich słów. 


Rok 1932. W więzieniu stanowym Cold Mountain pojawia się nowy więzień, John Coffey (czyta się jak kawa, pisze inaczej). John został skazany na śmierć za gwałt i morderstwo dwóch małych dziewczynek, jego wina jest niepodważalna, krew i dwa martwe ciała ściskane w ogromnych dłoniach są wystarczającymi dowodami. W bloku E czeka na wykonie wyroku, może się jednak okazać, że nie wszystko jest takie na jakie wygląda.. 

Kiedy po raz pierwszy czytałam 'Zieloną Milę' nie do końca wiedziałam czego się spodziewać. Przede wszystkim, nazwisko Kinga nic mi nie mówiło. Byłam na etapie miłości do Shakespeare'a i Trylogii Husyckiej. No, był też Zmierzch, ale o tym nie mówimy głośno. Później wiele się zmieniło (nadal kocham Shakespeare'a i Sapkowskiego). Pozwólcie, że przedstawię wam historię o tym jak King zawojował moje życie w wersji mocno okrojonej:

Moi znajomi ciągle mówili o filmie Zielona Mila. Nie słuchałam.

Jakiś czas później poszłam do księgarni, zobaczyłam znajomy tytuł, pomyślałam, że mogę przeczytać, kupiłam swoją pierwszą książkę (wydanie kieszonkowe), wyszłam z księgarni.

Wróciłam do domu. Zaczęłam czytać. Przepadłam.

Tak było dziesięć lat temu. Dzisiaj mam za sobą wiele historii napisanych przez Kinga. Pracę licencjacką o jego twórczości. Kilka załamań nerwowych i huśtawek emocjonalnych. Postanowiłam też zacząć,  od czasu do czasu, poczytywać Kinga w oryginale. The Green Mile nie była moim pierwszym wyborem, ale z perspektywy mnie siedzącej teraz przed komputerem, nadal nie mogącej pozbierać się emocjonalnie po tej historii, jedynym słusznym. Bo widzicie, nieważne ile razy będę jeszcze czytać Zieloną Milę, zawsze kończę tak samo. Rozbita, emocjonalnie rozjechana, zalewająca się łzami, mimo, że przy książkach płaczę raczej sporadycznie. Przy książkach Kinga nieco częściej.

Narracja poprowadzona sprawnie i bez większego owijania. Pomyślałam, że to ważne skoro King jest znany z prowadzenia wielu wątków okrężną drogą. Nie tym razem. Historię poznajemy z punktu widzenia Paula Edgecombe, głównego klawisza bloku E, którego możecie sobie wyobrażać jako Toma Hanksa. W tym wypadku pierwszoosobowa narracja ma sens. Poznajemy więzienną rzeczywistość ze stanowiska osoby, która była naocznym światkiem, ale nie wiedziała wszystkiego. Uczucia targane naszym narratorem, wszystkie jego myśli i niepewności należą po części do nas, stapiamy się z jego osobą. Boimy się razem z nim. Czujemy niechęć razem z nim. Jesteśmy niepewni razem z nim. Krótko mówiąc, narracja pierwszoosobowa była niemal niezbędna i jestem za nią wdzięczna. 

Kolejny element, za który jestem wdzięczna, to fantastycznie wykreowani bohaterowie. Nie napisałam chyba nigdy recenzji książek Stephena Kinga, w której nie wychwalałabym jego zmysłu obserwatorskiego. Jego postaci zawsze są z krwi i kości, tak ludzcy, że czasem przeraża. Drapią się po nosie kiedy trzeba, śmieją się kiedy trzeba, jak mają utykać to utykają. Ich zachowanie często ma drugie dno, nigdy nie są płaskie. Jak King coś tworzy to tworzy to z rozmachem, nie pomija żadnego szczegółu. Czytelnik wie, że ktoś jest paskudnym człowiekiem, nawet jeżeli autor nie mówi tego wprost. Czasami mówi. Zielona Mila nie jest wyjątkiem, a więzienie stanowe to idealne środowisko dla wyobraźni autora i jego kunsztu. 

Pan Stephen ma specjalne miejsce w moim sercu, przez co czasami może się wydawać, że obejmuje go czytelniczy immunitet i moje oceny są bardzo subiektywne. W tym miejscu chcę was zapewnić, że tak nie jest. Jeśli chcę, potrafię być bezwzględnie upierdliwa. Czytając The Green Mile po raz drugi, starałam się znaleźć wady pominięte przy naszym dziewiczym spotkaniu dziesięć lat temu.. nie znalazłam nic. Nie powiem, że jest mi specjalnie przykro. Znamy się od dawna, poznaliśmy swoje słabe i mocne strony. Czasami przymykam oko i udaję, że nie widzę, ale okłamywanie innych czytelników nie leży w mojej naturze. Zielona Mila to po prostu niewyobrażalnie dobrze napisana historia. Prawda bywa prosta.

Zielona Mila to dowód, że King nie jest 'tylko' mistrzem horroru, ale też znakomitym pisarzem. Możemy się o to pokłócić jeśli chcecie, mam szafę pełną argumentów specjalnie na takie okazje. Może nawet dwie.. i pół piwnicy. Czasami staram się spojrzeć na jego twórczość trochę z boku, udając, że ja to nie ja. Trzymając The Green Mile w dłoniach, oddychając nią i chłonąc każde słowo, miałam czysty umysł. Nie myślałam o tym, że to King. Chłonęłam historię jakbym nie czytała jej nigdy wcześniej. Koniec końców, zakochiwałam się raz po raz, przy każdej nowej stronie. Ta książka ma, i zawsze będzie miała, specjalne miejsce w moim sercu. Może dlatego, że mam łzy w oczach kiedy myślę o tej historii. Wyjątkowa. Piękna. Emocjonalnie niszcząca. Ja polecam (po raz kolejny i z czystym sumieniem). Wiecie co powinniście teraz zrobić, prawda?


***
Tytuł: The Green Mile
Autor: Stephen King
 Wydawnictwo: Orion Publishing Co
Liczba stron: 433
Ocena: 10/10 
***


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz