wtorek, 8 września 2020

Czytacie mało i źle.

Zostałam natchniona. Nie żartuję. Siedziałam z książką w ręce, trochę czytałam, trochę patrzyłam w okno, trochę myślałam o tym, że według obliczeń miałam przeczytać ją już dwa dni temu, ale wygląda na to, że przyjdzie mi ją czytać do dnia następnego. Przypomniały mi się wszystkie pytania o to jak czytać więcej i szybciej, zaśmiałam się w duchu i wróciłam do czwartej książki, którą miałam skończyć w tym miesiącu. Według moich obliczeń, jeśli dobrze pójdzie, zanim pojawi się ten post przeczytam jeszcze jedną i pół. Zawsze byłam fanką matematyki. Przy dobrych wiatrach skończę z szóstką na koniec sierpnia.

Lata temu, jak jeszcze prowadziłam kanał na You Tube, postanowiłam przeczytać 100 książek w jeden rok. Nie wyszło. Następny rok wyglądał podobnie. I kolejny. Później zmniejszyłam ilość na pięćdziesiąt dwie książki, ale rok był średni, przeczytałam tylko czterdzieści. W tym roku wytypowałam osiemdziesiąt, ale nie przywiązuję wielkiej wagi do tej liczby. Mój przypadek jest prosty: im bardziej muszę, tym mniej mam na to ochotę i tym większe prawdopodobieństwo, że tego nie zrobię. W tamtym roku nie czytałam przez ponad miesiąc. Skapitulowałam. Musiałam. Czytając książkę myślałam tylko o tym ile mam jeszcze stron do końca, dwadzieścia ostatnich było nie do przejścia. Jakby ktoś włączył mi tryb spowalniający. 

Początek tego roku był interesujący. Przerażona liczbą nieprzeczytanych książek na moich półkach, postanowiłam wprowadzić pewien sprytny plan w życie: za każde trzy przeczytane książki (trzy punkty) mogę sobie kupić jedną nową. Chcecie wiedzieć jak mi poszło? Aktualnie jestem jakieś sześćdziesiąt punktów na minusie. Nic nie szkodzi. Zaśmiałam się w duchu czytając czwartą książkę w tym miesiącu, po tym jak kupiłam piętnaście. Nic nie szkodzi. 

Jakiś czas temu postanowiłam wrócić na instagram. Później na You Tube (to nie wypaliło, głównie dlatego, że kamera mnie przeraża). Teraz na nowo zakochuję się w pisaniu na blogu. Robię to bardziej dla samej siebie niż dla innych, może dlatego tym razem wydaje mi się to właściwsze.. ale do rzeczy. Odkąd 'wróciłam' widzę dużo komentarzy pod tytułem 'jak czytać więcej' lub 'łatwo czytać dwadzieścia książek miesięcznie jeśli są to TAKIE książki (romanse/thrillery/erotyki/kryminały)'. Skłamałabym mówiąc, że to problem blogosfery książkowej rocznik 2020. Wcześniej po prostu nie myślałam o czytaniu na wagę, nie sądziłam, że ilość odhaczonych książek na liście ma aż taką wartość, mimo, że sama byłam częścią tego problemu. Potem mi przeszło.

Zacznijmy od tego, że czytacie mało. W świecie książkowym to niewyobrażalny grzech. Bardziej dla osoby, która myśli, że czyta mało , niż dla reszty społeczeństwa, ale jesteśmy więźniami naszych własnych odczuć, prawda? Twój TBR na miesiąc X ma piętnaście książek (na które często nie masz ochoty), zostały trzy dni, a na kupce wstydu trzynaście nietkniętych tytułów. Po raz kolejny. Zawiodłeś. Świat się skończył. Twoje książki popadną w depresję razem z ich panem/władcą/właścicielem. To jeszcze nic. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że osoba Y pochwaliła się właśnie swoim podsumowaniem miesiąca i dwudziestoma książkami, które przeczytała.. widzę strach i niedowierzanie w twoich czytelniczych oczach..

.. później pojawia się zrozumienie. Widzisz jakie są to książki. Czytasz dużo, więc na pewno czytasz źle. Stwierdzenie tak absurdalne, że palce mnie bolą jak to piszę, ale pociągnijmy tą historię do końca. Przeglądasz listę nieszczęśnika, który w lipcu stracił czas na dwadzieścia książek z czego połowa to thrillery, a połowa to romanse/erotyki, mówiąc krótko, książki na jeden dzień. Możesz poczuć się źle, bo sam czytasz te same gatunki a nadal masz tylko cztery odhaczone pozycję, lub poczuć się lepiej, bo przeczytałeś cztery książki, ale za to Dostojewskiego, Tołstoja, Tokarczuk. Przy okazji napiszesz komentarz pod tytułem 'Nic dziwnego, że lista długa jak czytasz takie książki'. Takie, to znaczy jakie? Książki, które dany czytelnik po prostu lubi? 

Nie będę kłamać, jestem winna. Zdarzyło mi się pomyśleć 'jakim cudem ktoś jest w stanie czytać tyle książek w ciągu miesiąca? Ach, no tak. Thrillery. Erotyki. W porządku. Ja przeczytałam dwie, ale za to grube'. Już tego nie robię (nigdy nie mówiłam też tego ze złością, raczej z podziwem bo mój rekord to chyba dziesięć, ale wiecie.. grube). Porównywanie się do innych ludzi z reguły jest raczej niezdrowe. Czytelnicze wyścigi nie są wyjątkiem. Jeżeli czytacie tylko po to żeby być ilościowo lepszymi od innych, przestańcie. To nie ma znaczenia. Wiem, że to szokujące, ale powtórzę to jeszcze raz, tym razem głośno stukając w klawiaturę: TO ILE KSIĄŻEK MIESIĘCZNIE CZYTACIE NIE MA ZNACZENIA. Od razu mi lepiej.

Rozwiązanie jest proste. Nie uwierzycie jak wam powiem. Po prostu czytajcie co chcecie i dajcie czytać innym. Jeżeli lubicie robić plany czytelnicze, róbcie je. Jeżeli lubicie robić podsumowania, róbcie je. Jeżeli nie uda wam się odhaczyć wszystkich książek na liście, nic nie szkodzi. Będzie kolejny miesiąc. W razie potrzeby nawet lata. Nie terroryzujcie ludzi za książki, które czytają, tylko dlatego, że Dostojewski zabrał wam dwa tygodnie albo dwa miesiące życia. Czytajcie to na co macie ochotę. Jednego dnia może to być Woolf, innego Schwab. Książki to nie terroryści, do cholery. Czytanie to przyjemność. Inni czytelnicy nie są konkurencją, a pasjonatami takimi jak ty. Jeżeli czytasz ale nie znasz przyjemności czytania, bardzo mi przykro. Zapach książek, szelest kartek i historia szarpiąca za duszę to najlepsze co może nas spotkać. Czasami tylko zapominamy, że dusza każdego człowieka jest inna.

Czytam wszystko na co mam ochotę. Ostatnio jest to literatura rosyjska przeplatana Kingiem i dziwacznymi obyczajówkami. No i fantastyka. Mam też ochotę na Brown'a. Czasami jestem czytelniczym snobem. Czasami czytam Austen, a kiedy indziej Sapkowskiego. Jeżeli czytacie dwieście książek rocznie, fantastycznie, mam nadzieję, że dają wam one niewyobrażalne ilości szczęścia. Czytacie dwanaście książek w dwanaście miesięcy? Gratuluję. Czytacie. Przybijam wam mentalną piątkę. Jesteśmy książkowymi kumplami.

Nie pytajcie więc jak czytać więcej i szybciej. Nie o to w tym chodzi. Możecie czytać książkę przez dzień, tydzień, miesiąc. Nie ma to znaczenia. Kupujcie książki. Wąchajcie je. Układajcie na swoich półkach. Cieszcie się ich obecnością i pamiętajcie, że to ile czytacie nie ma znaczenia, tak długo jak po prostu czytacie i sprawia wam to przyjemność. Pozbądźcie się presji bycia czytelnikiem idealnym, czytającym dużo i dobrze, cokolwiek to znaczy. Czytanie z przyjemnością, dla samego czytania i zakochiwania się w historiach, jest o wiele zabawniejsze. Jeżeli jesteś książkowym hejterem, cóż.. mam nadzieję, że u Ciebie wszystko w porządku, twoje zdanie na temat tego co czytają inni jest nieistotne. Myślę, że powinieneś o tym wiedzieć. Całą resztę podziwiam i trzymam kciuki za wszystkie łzy wylane w przyszłości, nie martwcie się, książki chłoną je znakomicie.

wtorek, 1 września 2020

Zielona Mila, S. King

Mój dobry przyjaciel. Książka z listy tych, które w jakiś sposób zmieniły moje życie. Lektura dzięki, której jestem tu gdzie jestem. Historia, która ponad dziesięć lat temu nauczyła mnie kochać literaturę trochę inaczej. Ach, no tak. Poznała mnie też z autorem, który stał się towarzyszem wielu bezsennych nocy. Lubię go czasami nazywać autorem mojego życia, wiem, brzmi niemal tragicznie, ale jest jak jest. Zielona Mila. Piszę o tobie od miesiąca i nie potrafię znaleźć odpowiednich słów. 


Rok 1932. W więzieniu stanowym Cold Mountain pojawia się nowy więzień, John Coffey (czyta się jak kawa, pisze inaczej). John został skazany na śmierć za gwałt i morderstwo dwóch małych dziewczynek, jego wina jest niepodważalna, krew i dwa martwe ciała ściskane w ogromnych dłoniach są wystarczającymi dowodami. W bloku E czeka na wykonie wyroku, może się jednak okazać, że nie wszystko jest takie na jakie wygląda.. 

Kiedy po raz pierwszy czytałam 'Zieloną Milę' nie do końca wiedziałam czego się spodziewać. Przede wszystkim, nazwisko Kinga nic mi nie mówiło. Byłam na etapie miłości do Shakespeare'a i Trylogii Husyckiej. No, był też Zmierzch, ale o tym nie mówimy głośno. Później wiele się zmieniło (nadal kocham Shakespeare'a i Sapkowskiego). Pozwólcie, że przedstawię wam historię o tym jak King zawojował moje życie w wersji mocno okrojonej:

Moi znajomi ciągle mówili o filmie Zielona Mila. Nie słuchałam.

Jakiś czas później poszłam do księgarni, zobaczyłam znajomy tytuł, pomyślałam, że mogę przeczytać, kupiłam swoją pierwszą książkę (wydanie kieszonkowe), wyszłam z księgarni.

Wróciłam do domu. Zaczęłam czytać. Przepadłam.

Tak było dziesięć lat temu. Dzisiaj mam za sobą wiele historii napisanych przez Kinga. Pracę licencjacką o jego twórczości. Kilka załamań nerwowych i huśtawek emocjonalnych. Postanowiłam też zacząć,  od czasu do czasu, poczytywać Kinga w oryginale. The Green Mile nie była moim pierwszym wyborem, ale z perspektywy mnie siedzącej teraz przed komputerem, nadal nie mogącej pozbierać się emocjonalnie po tej historii, jedynym słusznym. Bo widzicie, nieważne ile razy będę jeszcze czytać Zieloną Milę, zawsze kończę tak samo. Rozbita, emocjonalnie rozjechana, zalewająca się łzami, mimo, że przy książkach płaczę raczej sporadycznie. Przy książkach Kinga nieco częściej.

Narracja poprowadzona sprawnie i bez większego owijania. Pomyślałam, że to ważne skoro King jest znany z prowadzenia wielu wątków okrężną drogą. Nie tym razem. Historię poznajemy z punktu widzenia Paula Edgecombe, głównego klawisza bloku E, którego możecie sobie wyobrażać jako Toma Hanksa. W tym wypadku pierwszoosobowa narracja ma sens. Poznajemy więzienną rzeczywistość ze stanowiska osoby, która była naocznym światkiem, ale nie wiedziała wszystkiego. Uczucia targane naszym narratorem, wszystkie jego myśli i niepewności należą po części do nas, stapiamy się z jego osobą. Boimy się razem z nim. Czujemy niechęć razem z nim. Jesteśmy niepewni razem z nim. Krótko mówiąc, narracja pierwszoosobowa była niemal niezbędna i jestem za nią wdzięczna. 

Kolejny element, za który jestem wdzięczna, to fantastycznie wykreowani bohaterowie. Nie napisałam chyba nigdy recenzji książek Stephena Kinga, w której nie wychwalałabym jego zmysłu obserwatorskiego. Jego postaci zawsze są z krwi i kości, tak ludzcy, że czasem przeraża. Drapią się po nosie kiedy trzeba, śmieją się kiedy trzeba, jak mają utykać to utykają. Ich zachowanie często ma drugie dno, nigdy nie są płaskie. Jak King coś tworzy to tworzy to z rozmachem, nie pomija żadnego szczegółu. Czytelnik wie, że ktoś jest paskudnym człowiekiem, nawet jeżeli autor nie mówi tego wprost. Czasami mówi. Zielona Mila nie jest wyjątkiem, a więzienie stanowe to idealne środowisko dla wyobraźni autora i jego kunsztu. 

Pan Stephen ma specjalne miejsce w moim sercu, przez co czasami może się wydawać, że obejmuje go czytelniczy immunitet i moje oceny są bardzo subiektywne. W tym miejscu chcę was zapewnić, że tak nie jest. Jeśli chcę, potrafię być bezwzględnie upierdliwa. Czytając The Green Mile po raz drugi, starałam się znaleźć wady pominięte przy naszym dziewiczym spotkaniu dziesięć lat temu.. nie znalazłam nic. Nie powiem, że jest mi specjalnie przykro. Znamy się od dawna, poznaliśmy swoje słabe i mocne strony. Czasami przymykam oko i udaję, że nie widzę, ale okłamywanie innych czytelników nie leży w mojej naturze. Zielona Mila to po prostu niewyobrażalnie dobrze napisana historia. Prawda bywa prosta.

Zielona Mila to dowód, że King nie jest 'tylko' mistrzem horroru, ale też znakomitym pisarzem. Możemy się o to pokłócić jeśli chcecie, mam szafę pełną argumentów specjalnie na takie okazje. Może nawet dwie.. i pół piwnicy. Czasami staram się spojrzeć na jego twórczość trochę z boku, udając, że ja to nie ja. Trzymając The Green Mile w dłoniach, oddychając nią i chłonąc każde słowo, miałam czysty umysł. Nie myślałam o tym, że to King. Chłonęłam historię jakbym nie czytała jej nigdy wcześniej. Koniec końców, zakochiwałam się raz po raz, przy każdej nowej stronie. Ta książka ma, i zawsze będzie miała, specjalne miejsce w moim sercu. Może dlatego, że mam łzy w oczach kiedy myślę o tej historii. Wyjątkowa. Piękna. Emocjonalnie niszcząca. Ja polecam (po raz kolejny i z czystym sumieniem). Wiecie co powinniście teraz zrobić, prawda?


***
Tytuł: The Green Mile
Autor: Stephen King
 Wydawnictwo: Orion Publishing Co
Liczba stron: 433
Ocena: 10/10 
***


poniedziałek, 30 marca 2020

Mówicie, że to debiut, huh? Wojna Makowa.

Nie jestem w tym dobra. Piszę tekst raz na pół roku i na tym kończy się moja obecność w internecie. Czytam książkę i myślę, że chciałabym o niej napisać, ale później celowo zapominam o swoich planach. Poza tym, kto teraz czyta blogi? Nikt, prawda? Więc najwyższa pora wrócić do blogowania, brak obecności odwiedzających podnosi mnie na duchu. I jeszcze ta książka. TA KSIĄŻKA. Jeżeli jednak zdarzyło Ci się tu trafić, cześć, mało jest historii, dla których wróciłabym do uderzania w klawiaturę, a jednak tu jestem. Wiesz jak będzie wyglądała dalsza część tego tekstu, prawda?



Kupiłam ją w ciemno. Będę rozpowiadać, że to moja czytelnicza intuicja rozpaczliwie dawała mi znaki, ale wiedzcie, że to kłamstwo. Tak naprawdę winę mogę zrzucić na tytuł. 'Wojna Makowa', nie brzmi wspaniale? Brzmi. Nie przeczytałam opisu (albo przeczytałam i nie pamiętam, nigdy nie pamiętam) i dałam autorce kredyt zaufania. Później ta okładka zaczęła się pojawiać na kilku bardziej i mniej znanych profilach. Przyznam szczerze, zwątpiłam. Ja i blogosfera nie nadajemy na tych samych falach. Zazwyczaj. Nauczona błędami z przeszłości, przestałam kupować książki z poleceń (czasami się zdarza, nie kłam). Być może kiedyś znajdę swoją czytelniczą bratnią duszę, ale mam małą nadzieję, że jednak nie. Nie wiedziałabym jak się zachować. Jeżeli jednak widzieliście pozytywne opinie o tym maleństwie, możecie mi zaufać, nie kłamali.

Przez pierwszą część książki przebrnęłam zadowolona, chociaż z cichym głosikiem zwątpienia z tyłu głowy. Nie dałam się ponieść emocjom. Nie chciałam wyjść jako przegrany z tej bitwy. Ekscytowanie się od pierwszych stron nigdy nie jest dobrym znakiem. Starałam się przyjąć treść na chłodno, z jednego, bardzo ważnego powodu.. zagrożenia powtarzalnością. Młoda bohaterka, sierota, walcząca o pozycję w świecie, ucząca się w elitarnej szkole wojskowej.. dostawaliśmy to w wielu różnych formach. Dostawaliśmy to na talerzu aż do zarzygania. Powiem więcej, sama dopuszczam się tego grzechu w swoich tekstach, jestem więc częścią problemu. Sztuką jest stworzyć coś oryginalnego, z czegoś, czym czytelnik jest zasypywany z każdej strony. Autorka tą sztukę opanowała. Byłam zazdrosna, a to największa pochwała jaką mogę zaoferować. Moja głowa eksplodowała, serce zadrżało, dusza podskoczyła trzy razy. Okazało się też, że nowi autorzy dają radę bez trójkątów miłosnych. Da się? Da się. 

Pierwsza część książki może być zwodnicza. Przez przypadek możecie pomyśleć, że to kolejna książka dla nastolatków. Młody wiek głównej bohaterki nie pomaga, ale w tym wypadku nie mogło być inaczej. Rin nie wie kim jest. Nie wie skąd pochodzi, nie ma pojęcia kim byli jej rodzice. Musi walczyć o siebie, więc walczy. Jej pobyt w szkole może nie jest usłany różami, ale to co dzieje się później.. bądźcie przygotowani. To nie jest przesłodzona historia o poznawaniu swojej roli w świecie. To opowieść o wojnie i dzieją się tam rzeczy okrutne. Ludzie zamieniają się w potwory. Robią rzeczy bestialskie. Pani Kuang nie tuli czytelnika do snu słodkim głosem i zapewnieniem, że wszystko skończy się dobrze. Bardzo obrazowe, czasami wstrząsające opisy zostaną z wami na jakiś czas. To przejdzie, ale będziecie potrzebować chwili żeby się otrząsnąć. Warto.

Jeżeli czytacie książkę fantastyczną i zaczynacie wierzyć w jej treść, wiecie, że autor wykonał świetną robotę. Rebecca F. Kuang wykonała robotę znakomitą. Trzymając tą książkę w rękach czujemy ogrom pracy jaki autorka włożyła w swoje dziecko. Nie czytałam tak dobrego debiutu od czasu Pierce'a Brown'a. Sam fakt, że 'Wojna Makowa' jest debiutem przyprawił mnie o ból głowy i ekscytację. Modlę się, żeby autorka nie spoczęła na laurach. Potrzebuję jej wyobraźni na moich półkach. Potrzebuję jej kolejnych prac w swoich rękach. Jeżeli to są jej pierwsze podrygi, współczuję ludziom, którzy będą musieli znacznie podwyższyć poprzeczkę i zacząć brać czytelników na poważnie. Może się okazać, że odgrzewanie tego samego schematu przestanie czytelników zadowalać. O to też się modlę. 

Pewnie jest kilka rzeczy, o które mogłabym się przyczepić, więc ostatni akapit poświęcę na wytłumaczenie mojej oceny. Czasami pojedyncze zdania w dialogach nie brzmiały naturalnie. W niektórych miejscach mogło brakować sensu (w dwóch lub trzech). Nie wszystkie zastosowane rozwiązania musiały mi się podobać (chociaż w 98% byłam zachwycona). Później wbiłam sobie do głowy, że to debiut. DEBIUT. Sumienie nie pozwoliło mi zaniżyć oceny przez dziesięć zdań w książce, które gdzieś po drodze nie przypadły mi do gustu. Ta historia zasługuje na 10/10. Nawet przez sam fakt, że siedzę teraz przed komputerem i kończę pierwszy tekst na tym blogu od bardzo dawna. Jeżeli macie na półce, przeczytajcie koniecznie. Jeżeli nie macie.. wiecie co zrobić. Nie szastam dziesiątkami na prawo i lewo. Ta książka ma duszę. To wszystko.



***
Tytuł: Wojna Makowa
Tytuł oryginalny: The Poppy War
Autor: Rebecca F. Kuang
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Liczba stron: 638
Ocena: 10/10 (w pełni zasłużone)
***