poniedziałek, 29 marca 2021

Później, S. King

Zrobiłam coś czego zazwyczaj nie robię, przeczytałam opinie zanim zaczęłam książkę. Mój błąd. Więcej się nie powtórzy. Czy byłam podekscytowana zaczynając 'najlepszą książkę Kinga od lat? Tak. Czy powinnam wziąć na wstrzymanie i trzymać swój entuzjazm na wodzy? Prawdopodobnie. Słyszałam, że człowiek uczy się na błędach. Ach, no tak. 'Później' zdecydowanie daleko do miana najlepszej książki Kinga od lat. Auć, zabolało.


Fabuła, fabuła.. chłopiec widzi martwych ludzi przez jakiś czas po ich śmierci. Później powoli znikają z naszego świata. Może z nimi rozmawiać, oni nie mogą kłamać. Przynajmniej przez jakiś czas. Niewiele osób wie o jego darze, to akurat rozsądna decyzja. Bo kto uwierzy dziecku? Kto uwierzy nastolatkowi? A jeśli uwierzy, jak bardzo będzie próbował wykorzystać jego dar?

Pomysł na książkę znakomity. Znakomity przez duże 'Z'. Rwałam się do tej historii do tego stopnia, że przerwałam inną powieść żeby od razu zabrać się za 'Później'. Skakałam po pokoju kiedy wyciągałam ją z paczki, to ekscytacja przez duże 'E'. Jeśli jesteś fanem przez duże 'F' i autor twojego życia wydaje książkę, a jego poprzednia książka spodobała Ci się bardziej niż bardzo, entuzjazm może doprowadzić Cię do zawału. Było blisko, przeżyłam. Umieranie za 'Później' byłoby ironią losu.

W tym miejscu zaczynam się tłumaczyć zanim przejdę do nierozsądnego ataku na mój własny dom. To dobra książka. Na tyle satysfakcjonująca, że nie żałuję tych kilku godzin, które razem spędziliśmy. Zadowalająca niewystarczająco żebym chciała do niej wrócić w przyszłości, a zazwyczaj wracam. Carrie czytałam trzy razy, a szczerze napisawszy, nie przepadam za tą historią. 

Niewykorzystany potencjał. Ręce mi się trzęsą kiedy to piszę. Kłamię, wcale się nie trzęsą. To nie ja nie wykorzystałam potencjału swojej książki. Mimo, że wyobraźnia Kinga to poziom dla mnie nieosiągalny, tym razem czegoś zabrakło. Polotu, chęci, może odrobiny szaleństwa. Ciężko mi się pisze te słowa z jednego ważnego powodu, bawiłam się fantastycznie (powiedzmy) przez sporą część historii, ale kiedy ją zamknęłam, po raz pierwszy w życiu wywróciłam oczami na Kinga. Tak to jest kiedy najbardziej niedorzeczne rozwiązanie, które masz z tyłu głowy, okazuje się prawdą. Stephen, były lepsze. Wiesz, że były lepsze ty stary, utalentowany durniu. Nadal Cię kocham. 

Niedosyt. Kolejne słowo, które rani moją duszę. Czuję, że za pięć minut palce zaczną mi krwawić nad klawiaturą. Przewróciłam ostatnią kartkę, przeczytałam ostatnie słowo. Zamknęłam książkę. '3/5. Zostawmy to w tym miejscu'- napisałam mojej siostrze, a sama przez chwilę jeszcze z niezrozumieniem wpatrywałam się w tył książki. Wzruszyłam ramionami (nigdy nie wzruszam ramionami po Kingu), rzuciłam ją gdzieś na bok, wyszłam z łóżka. Z niedosytem. Z tragedią czającą się w mojej głowie. Bo nie podobało mi się wystraczająco. Bo to King, mój King, i jego podobno najlepsza książka od lat. Bo to zakończenie było tak złe, że prychnęłam pod nosem. Nigdy nie prycham przy Kingu. I co niby mam napisać o tej książce? Że autora stać na więcej? Być może to jakieś rozwiązanie. Autora stać na więcej. Zapowiadało się fantastycznie, rozwijało się w równym tempie i oklapło. Autora stać na więcej, wiem o tym bo mam za sobą pięćdziesiąt innych jego książek. 'W porządku' w wypadku Kinga wydaje się nie wchodzić w rachubę, a ta powieść była po prostu w porządku.

Z tych dobrych rzeczy, polubiłam się z bohaterami. Szczególnie z jednym starszym panem, ale to może tylko moja słabość do starszych ludzi, którzy tracą innych starszych ludzi. Narracja pierwszoosobowa, bardzo nie-kingowska, ale zrozumiała. Czyta się szybko, ale może to tylko złudzenie. W polskim wydaniu książka ma prawie czterysta stron, w oryginale niecałe trzysta (właśnie sprawdziłam). Pora odłożyć ją na półkę, poklepać po grzbiecie, rzucić kilka pocieszających zdań. Następnym razem będzie lepiej. Trzymam za to kciuki.

Nie powinnam czytać tych cholernych opinii. 

Tak, wiem. Od teraz na drugie mam dramatyzm.

***

Tytuł: Później

Tytuł oryginalny: Later

Autor: Stephen King

Przekład: Rafał Lisowski

Wydawnictwo: Albatros

Liczba stron: 383

Moja ocena: 6/10 (auć)

***

sobota, 20 lutego 2021

Bałagan, jaki zostawisz, C. Montero

Nie mam ostatnio szczęścia do książek, a moja czytelnicza intuicja postanowiła wziąć sobie wolne, z którego nie spieszy się wracać. Wszystko po co sięgam jest takie sobie, bez polotu, bez nadziei na większe przywiązanie do autorów. Postanowiłam obrać nową taktykę i wrócić do gatunków, po które albo nie sięgałam od dawna, albo do tej pory nie było nam po drodze. Nawet nie wiem czy to dobry plan. Na razie jest tak sobie, bez polotu, bez nadziei na większe przywiązanie do autorów.


Tym razem nie wybrałam się na zakupy w poszukiwaniu nieodkrytych przeze mnie zakamarków literatury. Wyglądało to mniej więcej tak: podeszłam do moich własnych przepełnionych półek, skończyłam na kolanach przeglądając wszystkie impulsywnie kupione książki, które zazwyczaj kończą zakopane pod innymi impulsywnie kupionymi książkami, 'Bałagan, jaki zostawisz' wpadł mi w ręce, pomyślałam 'czemu nie? kiedyś muszę to przeczytać', i to właśnie zrobiłam..

Raquel razem z mężem przenoszą się do jego rodzinnego miasteczka, gdzie nasza główna bohaterka ma przejąć tymczasową posadę nauczycielki. Dopiero na miejscu okazuję się, że Viruca, kobieta, którą ma zastąpić, popełniła samobójstwo. Taka jest przynajmniej oficjalna wersja, w którą nie każdy wierzy, ale niewielu mówi o tym głośno. Jak możecie się domyślić, mają miejsce pewne zdarzenia, które popychają Raquel do poznania prawdy.. pozostaje tylko pytanie: czy prawda jest inna od przedstawionej wersji wydarzeń czy to tylko pobożne życzenie?

Im dalej w las, tym ciemniej. To moja pierwsza myśl po przeczytaniu tej książki. Co kilka rozdziałów pojawia się osoba, której główna bohaterka może, a później jednak nie może, ufać.. znamy te zabiegi lepiej niż dobrze, wiemy, że to podpucha, przestaliśmy się na nie nabierać już jakiś czas temu. Dlatego moje serce nie drgało zniecierpliwione kiedy serwowano kolejne 'szokujące' fakty, przede wszystkim dlatego, że już to przerabialiśmy. Nie raz. Nie dwa. Nie trzy. W pewnym momencie każdy wydaje się być winny, i mimo, że powinniśmy obgryzać paznokcie z nerwów, nie robimy tego, bo wiemy, że jak każdy jest winny, to pewnie nikt nie jest. Te same zabiegi wsadzone w inne tło, z zakończeniem satysfakcjonującym na tyle, żeby nie rzucać książka po pokoju, jednocześnie satysfakcjonującym niewystarczająco żeby pamiętać o historii miesiąc po jej zakończeniu. Ha, właściwie wszystko co miałam do powiedzenia upchnęłam w ten jeden akapit. 

Może jednak nie wszystko. Porozmawiajmy przez chwilę o dialogach, które trudno nazwać idealnymi. Trudno je również nazwać dobrymi, jeśli chodzi o ścisłość. Bywały nawet momenty kiedy dialogi brzmiały jak monologi, co boli mnie bardziej niż powinno. Sztuka tworzenia rozmów jest umiejętnością trudniejszą niż mogłoby się to wydawać, kto próbował choć raz napisać swoją powieść, ten przekonał się o tym na własnej skórze i po prostu wie. Dialogi nie powinny brzmieć sztucznie, nie powinny brzmieć jak zlepek słów płynący od jednej osoby (w tym wypadku autora), nawet jeśli dokładnie tym są. Kiedy zaczynam się śmiać, nie dlatego, że książka jest śmieszna, ale dlatego, że rozmowy między bohaterami stają się absurdalnie złe, to włącza mi się czerwone światło upierdliwości. I tak, będę się czepiać, tylko po to żeby później okazać zrozumienie. Bo o ile czasami mnie to drażniło, czasami bawiło, czasami tylko przewracałam oczami, o tyle rozumiem, że dialogi często są dla autorów mniej istotne niż sama historia (nawet jeśli są jej nieodłączną częścią). Rozumiem, ale nie muszę się z tym zgadzać. Istnieje również prawdopodobieństwo, że to wina tłumaczenia, ale w ten temat wolę się nie zagłębiać.. 

Trochę ponarzekałam, więc pora na światełko w tunelu. Pewnie będziecie zaskoczeni kolejnym stwierdzeniem, biorąc pod uwagę potok słów wylany powyżej.. 'Bałagan, jaki zostawisz' to książka na dobrym poziomie. Czyta się ją szybko. Historia jest wciągająca na tyle na ile może być wciągająca historia, w której udajemy, że niczego się nie spodziewamy, kiedy tak naprawdę spodziewamy się wszystkiego. W trakcie jej czytania pomyślałam, że ktoś mógłby zrobić na jej podstawie serial.. okazało się, że nie byłam jedyną osobą, której ta myśl zaświtała w głowie. Bo widzicie, zdarzają się historie, które na ekranie sprzedadzą się lepiej niż na papierze, i to jedna z nich. Wiem, szokujące, nie powinnam takich rzeczy mówić na głos. I ja nazywam siebie czytelnikiem? Tak. Czytelnikiem, który wie, że bohaterowie bez polotu mogą dostać nowe życie w postaci utalentowanych aktorów. Czasami powieść potrafi obronić się sama, bez dobrych dialogów, bez psychologicznie dopracowanych bohaterów, bez zakończenia zrywającego czapki z głów.. ta się nie obroniła na piątkę z plusem, ale czytało się ją dobrze, a i bawiłam się nie najgorzej. Czasami dokładnie tego potrzebujemy od literatury: rozrywki, przy której będziemy bawić się nie najgorzej. 

***
Tytuł: Bałagan, jaki zostawisz
Tytuł oryginalny: El Desorden Que Dejas  
Autor: Carlos Montero
Przekład: Marta Jordan
Wydawnictwo: Czarna Owca
Liczba stron: 525
Moja ocena: 6/10 (mogę dorzucić + za nieowijanie w bawełnę) 
***

środa, 3 lutego 2021

Czytelnicze podsumowanie stycznia.

Rok czytelniczy zaczął się przeciętnie, mimo wrażenia przebywania z książkami dwadzieścia cztery godziny na dobę. Prawdopodobnie sama stworzyłam tą iluzję, przez większość czasu po prostu wpatrując się w śnieg za oknem. Sześć książek. Tyle historii przeczytałam w styczniu. Mogłabym kręcić nosem, marudzić, że mało, że mogło być lepiej, ale.. to kolejnych sześć pozycji do skreślenia z mojej niekończącej się listy książek, które mam, które leżą, które (nie)cierpliwie czekają. Sześć książek, których nie będę miała okazji przeczytać po raz pierwszy.


Już dawno zdjęłam z siebie ciężar czytelniczej presji. Jeżeli mam ochotę czytać (zazwyczaj mam), czytam. Jeżeli nie.. znacie odpowiedź. Przestałam porównywać się do innych, bawić się w 'kto przeczytał więcej'. Zamiast tego daję sobie czas na odkładanie książki w środku rozdziału, wpatrywanie się w ścianę kiedy dzieje się za dużo, wzięcie kilku oddechów, zrobienie herbaty. Czytanie to emocjonalny rollercoaster, staram się cieszyć każdym załamaniem nerwowym. Być może zostałam czytelniczą masochistką. Być może pozwoliłam sobie na przetrawienie każdego przeczytanego słowa. Najważniejsze, że ta metoda wydaje się działać. 

Zaczęłam od przeczytania książki z polecenia mojej siostry (muszę to zaznaczyć bo może tutaj zawitać). The Man who saw everything to historia, w której przeszłość bohatera zlewa się z jego teraźniejszością, a czytelnik nie ma bladego pojęcia czy to co mu zaserwowano jest prawdą, czy tylko halucynacją. Przeszłość może być wspomnieniem, może też okazać się zwykłym urojeniem. To co wydaje się widoczne i namacalne, czasami niekoniecznie takim się okazuje. Na koniec autorka pozostawia nas bez wyjaśnień, bez poklepania po ramieniu, bez wskazania drogi, którą powinniśmy iść. Wiemy tylko, że coś się kończy, ale nigdy nie dowiemy się, która część historii była iluzją. Moja siostra przy niej płakała, mnie ten zaszczyt ominął, ale rozumiem targające nią emocje. Polubiłam głównego bohatera. Polubiłam zdjęcie imitujące Beatles'ów. Polubiłam zgrabnie zapętloną fabułę. Następna..

..Pani Bovary to największy zawód tego miesiąca i piszę to z ciężkim sercem. Zabierałam się za tą historię od dobrych sześciu miesięcy. Kiedy w końcu nadszedł czas, moja ekscytacja szybko wyparowała. Powinnam tu zaznaczyć, że nie jest to historia zła, raczej przeciętna. Z jakiegoś powodu żyłam przekonaniem, że dostanę silną, niezależną postać kobiecą, zamiast tego dostałam bohaterkę, której bardzo daleko do tego opisu. Oczywiście to nie wina książki tylko mojej tendencji do wyobrażania sobie powieści takimi jakimi chciałabym żeby były. Pani Bovary nie ma nic wspólnego z moimi oczekiwaniami, ba, powiedziałabym nawet, że leży setki kilometrów od nich. Może kiedyś przestanę być czytelniczym ignorantem i zacznę dla odmiany czytać opisy książek zanim moja wyobraźnia da popis. Może. Oczywiście warto znać bo to literatura klasyczna, ale gdybym miała wskazać klasyk, który można ominąć.. tak. Darujcie sobie. Przeczytajcie Annę Kareninę. Bohaterki mają ze sobą więcej wspólnego niż podejrzewałam, a i historia u Tołstoja wydaje się być nieco bardziej.. pasjonująca? Ps. Nadal nie lubię Anny jako bohaterki, dobra robota Tołstoj. 

Cujo to z kolei największe pozytywne zaskoczenie tego miesiąca. Kocham Kinga, część z was pewnie już o tym wie, musicie mi więc uwierzyć na słowo kiedy piszę, że książka o wściekłym psie to historia, której obawiałam się bardzo. Bardzo. Znam Kinga. Znam jego tendencje do przesady i przekoloryzowania. Tyle rzeczy mogło tu pójść nie tak.. a nie poszło. Skończyłam tą historię zdezorientowana i zaskoczona. Fabuła była zwarta i nieprzeciągana na siłę. Bohaterowie jak zawsze wykreowani po mistrzowsku. Zakończenie na piątkę z plusem. Dalej próbuję otrząsnąć się po szoku jaki mi zaserwowano i muszę stwierdzić, że potrzebuję więcej takich terapii. Brawo King. Dobra robota.

Kto kocha Janis Joplin? Uznajmy, że większość z nas i przejdźmy do porządku dziennego. Kiedy zobaczyłam na stronie Wydawnictwa Czarnego biografię Janis wiedziałam, że mój portfel bardzo się ucieszy ze zrzucenia z siebie ciężaru jakim bywają pieniądze. Janis. Życie i muzyka to (uwaga, uwaga) znakomita podróż przez życie i czasy Janis Joplin. Od dziecka do dorosłej kobiety, autorka stara się nam przedstawić życie Janis tak dokładnie jak to tylko możliwe. Poznajemy jej rodzinę, przyjaciół, miasteczko, z którego pochodziła, miejsca, w których mieszkała w późniejszych latach swojego życia.. dostajemy na tacy jej duszę i pasję. Czasami zakręci się wam łza w oku, być może odgrzebiecie listę na spotify i posłuchacie tego niezwykłego głosu, którego kariera skończyła się zbyt szybko, zbyt tragicznie. Pozycja obowiązkowa dla każdego fana muzyki. Warto dodać, że to nie tylko historia pani Joplin, ale też pokolenia, które do dziś odbija swoje piętno na kulturze. Warto przeczytać, warto znać, warto dać się wciągnąć. 

Później naszło mnie na fantastykę, a ponieważ kupiłam w styczniu książki pana Kristoff'a, stwierdziłam 'czemu nie? Dla odmiany przeczytam coś od razu po zakupie'. Pierwszy tom Wojny Lotosowej był lekturą dobrą, ale nie powalającą. Bardzo trudno było mi się wgryźć w historię, mimo, że bardzo chciałam. Później było już coraz lepiej a ostatnie sto stron pochłonęłam szybciej niż przypuszczałam. Nawet zakończenie okazało się zadowalające do tego stopnia, że być może tom drugi również nie będzie musiał czekać na swoją kolej miesiące, albo, lata. Nie będę oceniać historii po pierwszym tomie. Daję autorowi kredyt zaufania, szczególnie, że to nie moje pierwsze z nim spotkanie. Mam szczerą nadzieję, że tom drugi zwali mnie z nóg i doprowadzi do rozpaczy. Karuzela emocji, tego właśnie oczekuję. Kto wie, może wezmę się za dalszy ciąg nawet dzisiaj? (update: nie wzięłam się, może jutro)

Uwaga! Czas na historię. W tamtym roku przeczytałam Call me by your name A. Aciman'a, ogłosiłam ją jedną z najpiękniej napisanych książek jakie czytałam w ostatnich latach, postanowiłam, że potrzebuję więcej prac autora w swoim życiu. Mamy dzisiaj, jestem po 'Ośmiu białych nocach' i zastanawiam się czy nie popełniłam błędu. Czas spędzony z obojczykiem i zębami Clary był tak absurdalny, że aż boli mnie to fizycznie. Zaczęło się nijak, ale miałam nadzieje. Po pierwszej książkowej nocy postanowiłam żyć złudzeniem, że autorowi skończył się zapas metafor na jedną powieść (albo całe życie). Myliłam się. Później, przez chwilę było lepiej. Zakończyłam z drgającą powieką, lękiem przed Acimanem i imieniem Clara. Absurd. To słowo nadal pcha mi się pod palce i nie chce odpuścić. Książka mogłaby być co najmniej o połowę krótsza, ilość tekstu w porównaniu do treści doprowadza moje serce do palpitacji. I Ci bohaterowie.. świeć Panie nad ich wyimaginowanymi duszami. Mam nadzieję, że żyją długo i szczęśliwie, i że nigdy więcej się nie spotkamy. Możecie zapytać czy polecam.

To by było na tyle. Nie przeczytałam w tym miesiącu książki, która doprowadziłaby mnie do czytelniczej ekstazy, dostałam za to parę ewenementów przez które nabawiłam się syndromu drgającej powieki. King uratował sytuację, wydawnictwo Czarne uratowało sytuację, Janis uratowała sytuację. Ach, no tak, moja siostra również. Powiedzmy, że ten miesiąc był stabilny, ale nadal czekam na efekt wow. Niech w lutym posypią się ochy i achy. Mam nadzieję, że w kolejnym podsumowaniu moje palce będą rzygać tęczą. Jeżeli chodzi o styczeń, zostawmy go już za sobą..

.. możecie mi dać znać co wy czytaliście. Oczywiście jeżeli dotrwaliście do końca tego wywodu. 

środa, 27 stycznia 2021

Cujo, Stephen King.

Z nieprzeczytanymi książkami piętrzącymi się na półkach, szafach i podłogach jest tak: leżą, patrzą wyczekująco, powodują lekkie ćmienie głowy spowodowane wyrzutami sumienia. Z nieprzeczytanymi książkami, które wyszły spod pióra ulubionego autora jest tak: leżą, patrzą ze wzgardą, powodują migrenę spowodowaną bólem duszy. I wyrzutami sumienia. Cujo prześladował mnie od kilku dobrych miesięcy. Jedyne co mnie powstrzymywało to strach przed książką o psie, która może mi się nie spodobać. Bo jest o psie. Z wścieklizną. Bałam się mieć rację. Dobrze, że się myliłam.



Fabularnie wiedziałam dokładnie tyle ile już napisałam w tym pełnym dramatu wstępie. Tytułowy Cujo to bernardyn, który (nie tak dziwnym) zrządzeniem losu zaraża się wścieklizną. Zanim jednak do tego dochodzi, poznajemy go jako rodzinnego psiaka, który uwielbia dzieci. Zero podejrzeń. Poza nazwiskiem autora zajmującym pół frontu. Cujo przewija się w trakcie całej książki, ale trudno go nazwać głównym bohaterem. Zamiast skupiać się na powoli tracącym zmysły psie, nasza uwaga wędruje w stronę dwóch rodzin, nie mających ze sobą wiele wspólnego, poza amerykańskością i liczbą osób w rodzinie (mama, tato, syn). Ich losy przeplatają się przez przypadek i dwa zepsute samochody. Właśnie zdałam sobie sprawę, że dla osoby, która nie miała tej książki w ręce, mój opis fabuły będzie czarną magią. Przepraszam. Możecie dostać albo to, albo tekst przepełniony spoilerami, nie potrafię pisać pomiędzy.

Skupmy się na chwilę na naszych rodzinach, bo to, mimo pozorów, dość ciekawe zestawienie. Pierwsza, dobrze prosperująca, ze swoimi wewnętrznymi problemami, za które druga podziękowałaby z pocałowaniem dłoni. Ojciec pracujący w reklamie, którego firma czasami ma kłopoty, ale zazwyczaj wychodzi z tego obronną ręką. Żona zajmująca się domem, mały synek będący oczkiem w głowie rodziców. Już na początku dowiadujemy się, że największym problemem w tej relacji jest żona zdradzająca swojego męża. Druga rodzina to mąż bijący żonę, brak ciepłego uczucia, może litość, może wstręt. Pojawia się dużo alkoholu, pojawia się złość, pojawia się kobieta, która nie jest w stanie wyrwać się ze swojego więzienia. Pojawia się syn, który powoli zamienia się we własnego ojca. Dostajemy zestawienie dwóch rodzin, które reprezentują ten sam model, a jednak różnią się od siebie diametralnie. Zanudzam was tymi spostrzeżeniami tylko z jednego, dość istotnego powodu: bohaterowie są dźwignią napędową książek Kinga. I fantastyczna narracja. Będę to powtarzać do, cóż, pewnie mojej śmierci. Nigdy nie spotkałam człowieka, który dawałby swoim bohaterom tyle duszy, ludzkości, realności. I tym razem się nie zawiodłam, może nawet posunę się do stwierdzenia, że to jedne z najlepiej wykreowanych relacji w książkach Kinga. Może.

Z historiami Kinga mam stosunki lepsze i gorsze, ale nawet te mniej lubiane przeze mnie powieści, wychodzą z bitew obronną stroną. Cujo doprowadzała mnie do palpitacji serca za każdym razem kiedy miałam w planach po nią sięgnąć. Jeżeli myślicie, że przesadzam, to nie. Nie tym razem. Znam Kinga, wiem, że potrafi go ponieść, nie zawsze w odpowiednim kierunku. Dodam, że zdarza mu się to w książkach, w których głównymi bohaterami są ludzie. Tutaj w tytule mamy imię psa, który traci rozum, widzicie do czego zmierzam? Z jakiegoś powodu byłam przekonana, że to nie może się udać. Myliłam się, cholera. Sama sobie nie wierzyłam, kiedy w końcu przyznałam, że Cujo to książka więcej niż dobra. Wszystko miało sens. Zaskoczenie pierwsze. Historie rodzin były zwyczajnie fantastyczne. Zaskoczenie drugie. Krwawe momenty nie były przedobrzone. Zaskoczenie trzecie. King nie rozpisywał się o migdałach w książce o wściekłym psie. Zaskoczenie czwarte. Ta książka naprawdę.. naprawdę przypadła mi do gustu. Zaskoczenie piąte. Nazwijmy to magią Kinga, albo zaślepieniem Pauliny. Jak wolicie.

Nadal trawię fakt, że coś tak niepozornego, skłaniającego się raczej ku przesadzie, okazało się jedną z najbardziej przemyślanych historii Kinga jakie czytałam. Czasami historie, które nie mają racji bytu w naszej wyobraźni, u kogoś innego potrafią zamienić się w coś wyjątkowego. Nie będę wam wmawiać, że ta powieść zmieni wasze życie, że każdy powinien ją przeczytać, że to najlepsze co King w życiu napisał. Jeżeli jednak jesteście Pauliną przed przełamaniem oporu i sięgnięciem po książkę z imieniem psa w tytule, dodaję wam w tym momencie otuchę i zapewniam, że przeżyjecie. Kto wie, może nawet będziecie się bawić równie dobrze jak ja. Może będziecie niedowierzać jak bardzo się myliliście. Może zostaniecie zainspirowani do napisania książki o wściekłym kocie. Może. Życie jest pełne niespodzianek, Cujo jest jedną z nich.

***
Tytuł: Cujo
Autor: Stephen King
Wydawnictwo: Albatros
Liczba stron: 414
Ocena: 8/10 (nie mogę zaniżyć, choćbym chciała)
***



piątek, 22 stycznia 2021

Po polskiemu #1: Harda i Ślady.

Nie czytam polskich autorów. Jeszcze raz: poza Sapkowskim, nie czytam polskich autorów. Wiem, że to stwierdzenie jest bardzo krzywdzące, ale nie przeszkadzało mi w ignorowaniu rodzimych pisarzy przez ostatnie dwadzieścia siedem lat. Może to wina 'Ogniem i mieczem', które męczyło mnie przed snem kiedy miałam dwanaście lat. Nigdy nie skończyłam, nigdy nie sięgnęłam ponownie, nigdy nie obejrzałam filmu. Może to inny wewnętrzny opór, może to brak popularności polskich pisarzy w moim otoczeniu, może to przeświadczenie o gorszości.. tylko jakiej?

Nie czytałam polskich autorów. Miesiąc temu postanowiłam to zmienić.  

Nie wiedziałam od czego zacząć, mimo, że rozpaczliwie zacząć chciałam. Z drugiej strony bałam się tego nowego rodzaju interakcji w moim życiu.. mogło się okazać, że faktycznie nie nadajemy z polskimi autorami na tej samej fali. Później przypomniałam sobie, że właściwie to czytałam już chyba Pilipiuka. I 'Króla' Twardocha przesłuchałam. Przeżyłam. Napiszę nawet, że mam się dobrze. Postanowiłam pójść na łatwiznę i sięgnąć po pisarzy znanych, lubianych i sprawdzonych. Na początek pani Cherezińska przypadkiem wpadła mi do koszyka. Później pan Małecki zaplątał się w księgarni. Los wybrał, ja przeczytałam..

Harda, E. Cherezińska

Postanowiłam nie wygłupiać się z przedstawianiem autorki, ponieważ większość z was (w przeciwieństwie do mnie) zna ją doskonale. I to nawet niekoniecznie z Hardej, ale wielu.. wielu innych książek, które Pani Cherezińska napisała. Po wszystkich ochach i achach, postawiłam jej poprzeczkę dość wysoko, z małym marginesem błędu wynikającym z mojego dziwacznego gustu czytelniczego, gorszych dni, ewentualnego niezrozumienia. W ostatecznym rozrachunku jestem zadowolona, ale nie zachwycona. Ustalmy, że to naprawdę dobry początek naszej znajomości.

Najlepsza część książki? Świętosława. Jej odwaga, spryt, zadziorność, cięty język.. wszystkie te elementy sprawiły, że chciało mi się wracać do tej historii. Było jej zdecydowanie za mało, ale krążą słuchy, że drugi tom naprawia ten błąd, zobaczymy. Jest oczywiście piękna i wszyscy za nią szaleją, ale umówmy się, bardziej niż jej włosy, podziwiamy jej temperament i inteligencję. Od początku do końca byłam zachwycona jej historią, tak samo jak momentami kiedy na stronach pojawiały się Astryda i Oda. Siła kobiet, ich oddanie, spryt, mądrość.. to największe atuty Hardej, za które jestem wdzięczna. Polubiłam się też z Mieszkiem. Można powiedzieć, że mam do niego sentyment. Chciał dobrze.

Nie wszystko jednak było lukrem posypane. Chociaż lukrem to bardziej polane. Styl pisania autorki nie trafia do mnie w stu procentach, jej narracja bywa ciężka, często odpływałam myślami, zamiast skupić się na tym co czytam. Poza tym, od czasu do czasu, tekstu było jakby za dużo, wiadomości zbyt wiele, zbyt zbędnych. Historii, która mnie interesowała, za mało. Dziejów Świętosławy, naszej tytułowej Hardej, za skromnie. Może wynika to z liczby postaci, których losy śledzimy. Może niezdecydowania czym ta książka w ostatecznym rozrachunku powinna być. Może to tylko ja. Jeśli to ostatnie, nie przejmujcie się. Bywa, że się mylę. A trzeba przyznać, że Harda dobrą książką jest. Nie wspaniałą, ale dobrą.

Tak jak wspominałam wcześniej, koniec końców polubiłam się z panią Cherezińską. Książka była przystępnie ciekawa, złapała mnie za serce, z niektórymi bohaterami się polubiłam, inni niech płoną w piekle, razem z nadmiarem tekstu, który zaserwowano. Czy powinniście czytać? Tak, jeśli lubicie historie historią inspirowane. Nie, jeśli ten gatunek wam w ogóle nie leży. Nie jest to na pewno książka, którą powinien znać absolutnie każdy, ale umówmy się, niewiele jest takich powieści, a i to kwestia sporna. Bez zbędnego rozpisywania się (co jest bardzo w moim stylu, o ironio, a krytykuję innych), 3,5/5. Bo doceniam. Bo polubiłam. Bo sentyment. Bo na dobry początek.


Ślady, J. Małecki

Ze Śladami mam tak: jest dobrze, jest bardzo dobrze, jest lepiej, jest dobrze, fantastycznie, genialnie.. meh. Wszystko jasne?

Nie wiedziałam od czego zacząć przygodę z Małeckim, waszym ulubionym polskim pisarzem, więc poszłam w ciemno, wzięłam z półki, kupiłam, wróciłam do domu i zaczęłam czytać. Po pierwszych stronach wiedziałam, że się polubimy. Po kolejnych dziesięciu, zrozumiałam dlaczego wszyscy (bądź prawie wszyscy) go tak uwielbiacie. Po następnych kilkudziesięciu postanowiłam sięgnąć po jego inne historie. Pod koniec byłam przez chwilę zachwycona, przemyślałam, zachwyt znikł.. ale może od początku.

Książka jest podzielona na rozdziały, z których każdy opowiada historię innego bohatera. Życia wszystkich przedstawionych postaci są ze sobą w jakiś sposób połączone; ktoś jest czyjąś córką, ktoś czyimś sąsiadem, ktoś inny ma dziadka, który kiedyś słyszał o kimś. Niektóre historie są krótkie, inne zasłużyły na więcej cierpliwości ze strony autora. Każda z nich jest na swój własny sposób wyjątkowa. Może w tym miejscu dodam, że czyta się to znakomicie, a narracja Małeckiego mnie urzekła, więc dużej kości niezgody między nami nie będzie, ale..

.. ale zakończenie, które przy pierwszym spotkaniu zwaliło mnie z nóg, po dziesięciu minutach okazało się nie tak dobre jak początkowo śmiałam myśleć. Wróciłam więc na chwilę, przekartkowałam, przeczytałam raz jeszcze. Pojawiły się nieśmiałe pytania: czy autor to naprawdę zaplanował? Czy wpadł na to pod koniec? I najważniejsze, czy na siłę próbował zszokować czytelnika? Szczególnie to ostatnie nie daje mi spokoju. Jakiś posmak robienia czegoś na siłę nadal mnie prześladuje. Rozumiem, że ostatnie strony tej historii miały wprowadzić czytelnika w osłupienie, i nie wątpię, że niejeden zakrztusił się kawą czytając uwieńczenie tych kilkuset stron literatury co najmniej dobrej, jednak po pierwszych wzniesieniach, bardzo szybko i boleśnie zostałam sprowadzona na ziemię przez rozsądniejsze refleksje. 

4/5. Mimo zakończenia, które było satysfakcjonujące dopóki resztki mojego rozumu nie doszły do głosu. Koniec końców, to naprawdę dobrze napisana historia, z losami bohaterów przeplatanymi po mistrzowsku, z pracą autora widoczną na stronach książki. Nadal podtrzymuję, że chcę się z nim jeszcze spotkać któregoś popołudnia i zobaczyć co chowa w rękawie. Myślę, że chowa wiele, więc proszę.. nie zawiedź.

Chciałabym dodać jeszcze coś mądrego ale sprawa wygląda tak: nie pisałam od wieków, nie pamiętam jak to się robi, gubię się w swoich myślach. Mogę tylko powiedzieć (napisać), że pierwsze próby z literaturą polską poszły lepiej niż myślałam, co oznacza, że wina leży po stronie mojej i mojej głupoty. Nie mam pojęcia kto stanie się kolejną ofiarą Pauliny, może znowu sięgnę po coś od pana Małeckiego lub pani Cherezińskiej? Kto wie? Tymczasem kończę rumianek i ten bełkot, lecę pod prysznic i biorę się za pierwszy tom Wojny Lotosowej. Trzymajcie kciuki za dobrą fantastykę. Chyba tego teraz potrzebuję.

Ps. Czytajcie polskich autorów. Okazało się, że nie gryzą. 

wtorek, 8 września 2020

Czytacie mało i źle.

Zostałam natchniona. Nie żartuję. Siedziałam z książką w ręce, trochę czytałam, trochę patrzyłam w okno, trochę myślałam o tym, że według obliczeń miałam przeczytać ją już dwa dni temu, ale wygląda na to, że przyjdzie mi ją czytać do dnia następnego. Przypomniały mi się wszystkie pytania o to jak czytać więcej i szybciej, zaśmiałam się w duchu i wróciłam do czwartej książki, którą miałam skończyć w tym miesiącu. Według moich obliczeń, jeśli dobrze pójdzie, zanim pojawi się ten post przeczytam jeszcze jedną i pół. Zawsze byłam fanką matematyki. Przy dobrych wiatrach skończę z szóstką na koniec sierpnia.

Lata temu, jak jeszcze prowadziłam kanał na You Tube, postanowiłam przeczytać 100 książek w jeden rok. Nie wyszło. Następny rok wyglądał podobnie. I kolejny. Później zmniejszyłam ilość na pięćdziesiąt dwie książki, ale rok był średni, przeczytałam tylko czterdzieści. W tym roku wytypowałam osiemdziesiąt, ale nie przywiązuję wielkiej wagi do tej liczby. Mój przypadek jest prosty: im bardziej muszę, tym mniej mam na to ochotę i tym większe prawdopodobieństwo, że tego nie zrobię. W tamtym roku nie czytałam przez ponad miesiąc. Skapitulowałam. Musiałam. Czytając książkę myślałam tylko o tym ile mam jeszcze stron do końca, dwadzieścia ostatnich było nie do przejścia. Jakby ktoś włączył mi tryb spowalniający. 

Początek tego roku był interesujący. Przerażona liczbą nieprzeczytanych książek na moich półkach, postanowiłam wprowadzić pewien sprytny plan w życie: za każde trzy przeczytane książki (trzy punkty) mogę sobie kupić jedną nową. Chcecie wiedzieć jak mi poszło? Aktualnie jestem jakieś sześćdziesiąt punktów na minusie. Nic nie szkodzi. Zaśmiałam się w duchu czytając czwartą książkę w tym miesiącu, po tym jak kupiłam piętnaście. Nic nie szkodzi. 

Jakiś czas temu postanowiłam wrócić na instagram. Później na You Tube (to nie wypaliło, głównie dlatego, że kamera mnie przeraża). Teraz na nowo zakochuję się w pisaniu na blogu. Robię to bardziej dla samej siebie niż dla innych, może dlatego tym razem wydaje mi się to właściwsze.. ale do rzeczy. Odkąd 'wróciłam' widzę dużo komentarzy pod tytułem 'jak czytać więcej' lub 'łatwo czytać dwadzieścia książek miesięcznie jeśli są to TAKIE książki (romanse/thrillery/erotyki/kryminały)'. Skłamałabym mówiąc, że to problem blogosfery książkowej rocznik 2020. Wcześniej po prostu nie myślałam o czytaniu na wagę, nie sądziłam, że ilość odhaczonych książek na liście ma aż taką wartość, mimo, że sama byłam częścią tego problemu. Potem mi przeszło.

Zacznijmy od tego, że czytacie mało. W świecie książkowym to niewyobrażalny grzech. Bardziej dla osoby, która myśli, że czyta mało , niż dla reszty społeczeństwa, ale jesteśmy więźniami naszych własnych odczuć, prawda? Twój TBR na miesiąc X ma piętnaście książek (na które często nie masz ochoty), zostały trzy dni, a na kupce wstydu trzynaście nietkniętych tytułów. Po raz kolejny. Zawiodłeś. Świat się skończył. Twoje książki popadną w depresję razem z ich panem/władcą/właścicielem. To jeszcze nic. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że osoba Y pochwaliła się właśnie swoim podsumowaniem miesiąca i dwudziestoma książkami, które przeczytała.. widzę strach i niedowierzanie w twoich czytelniczych oczach..

.. później pojawia się zrozumienie. Widzisz jakie są to książki. Czytasz dużo, więc na pewno czytasz źle. Stwierdzenie tak absurdalne, że palce mnie bolą jak to piszę, ale pociągnijmy tą historię do końca. Przeglądasz listę nieszczęśnika, który w lipcu stracił czas na dwadzieścia książek z czego połowa to thrillery, a połowa to romanse/erotyki, mówiąc krótko, książki na jeden dzień. Możesz poczuć się źle, bo sam czytasz te same gatunki a nadal masz tylko cztery odhaczone pozycję, lub poczuć się lepiej, bo przeczytałeś cztery książki, ale za to Dostojewskiego, Tołstoja, Tokarczuk. Przy okazji napiszesz komentarz pod tytułem 'Nic dziwnego, że lista długa jak czytasz takie książki'. Takie, to znaczy jakie? Książki, które dany czytelnik po prostu lubi? 

Nie będę kłamać, jestem winna. Zdarzyło mi się pomyśleć 'jakim cudem ktoś jest w stanie czytać tyle książek w ciągu miesiąca? Ach, no tak. Thrillery. Erotyki. W porządku. Ja przeczytałam dwie, ale za to grube'. Już tego nie robię (nigdy nie mówiłam też tego ze złością, raczej z podziwem bo mój rekord to chyba dziesięć, ale wiecie.. grube). Porównywanie się do innych ludzi z reguły jest raczej niezdrowe. Czytelnicze wyścigi nie są wyjątkiem. Jeżeli czytacie tylko po to żeby być ilościowo lepszymi od innych, przestańcie. To nie ma znaczenia. Wiem, że to szokujące, ale powtórzę to jeszcze raz, tym razem głośno stukając w klawiaturę: TO ILE KSIĄŻEK MIESIĘCZNIE CZYTACIE NIE MA ZNACZENIA. Od razu mi lepiej.

Rozwiązanie jest proste. Nie uwierzycie jak wam powiem. Po prostu czytajcie co chcecie i dajcie czytać innym. Jeżeli lubicie robić plany czytelnicze, róbcie je. Jeżeli lubicie robić podsumowania, róbcie je. Jeżeli nie uda wam się odhaczyć wszystkich książek na liście, nic nie szkodzi. Będzie kolejny miesiąc. W razie potrzeby nawet lata. Nie terroryzujcie ludzi za książki, które czytają, tylko dlatego, że Dostojewski zabrał wam dwa tygodnie albo dwa miesiące życia. Czytajcie to na co macie ochotę. Jednego dnia może to być Woolf, innego Schwab. Książki to nie terroryści, do cholery. Czytanie to przyjemność. Inni czytelnicy nie są konkurencją, a pasjonatami takimi jak ty. Jeżeli czytasz ale nie znasz przyjemności czytania, bardzo mi przykro. Zapach książek, szelest kartek i historia szarpiąca za duszę to najlepsze co może nas spotkać. Czasami tylko zapominamy, że dusza każdego człowieka jest inna.

Czytam wszystko na co mam ochotę. Ostatnio jest to literatura rosyjska przeplatana Kingiem i dziwacznymi obyczajówkami. No i fantastyka. Mam też ochotę na Brown'a. Czasami jestem czytelniczym snobem. Czasami czytam Austen, a kiedy indziej Sapkowskiego. Jeżeli czytacie dwieście książek rocznie, fantastycznie, mam nadzieję, że dają wam one niewyobrażalne ilości szczęścia. Czytacie dwanaście książek w dwanaście miesięcy? Gratuluję. Czytacie. Przybijam wam mentalną piątkę. Jesteśmy książkowymi kumplami.

Nie pytajcie więc jak czytać więcej i szybciej. Nie o to w tym chodzi. Możecie czytać książkę przez dzień, tydzień, miesiąc. Nie ma to znaczenia. Kupujcie książki. Wąchajcie je. Układajcie na swoich półkach. Cieszcie się ich obecnością i pamiętajcie, że to ile czytacie nie ma znaczenia, tak długo jak po prostu czytacie i sprawia wam to przyjemność. Pozbądźcie się presji bycia czytelnikiem idealnym, czytającym dużo i dobrze, cokolwiek to znaczy. Czytanie z przyjemnością, dla samego czytania i zakochiwania się w historiach, jest o wiele zabawniejsze. Jeżeli jesteś książkowym hejterem, cóż.. mam nadzieję, że u Ciebie wszystko w porządku, twoje zdanie na temat tego co czytają inni jest nieistotne. Myślę, że powinieneś o tym wiedzieć. Całą resztę podziwiam i trzymam kciuki za wszystkie łzy wylane w przyszłości, nie martwcie się, książki chłoną je znakomicie.

wtorek, 1 września 2020

Zielona Mila, S. King

Mój dobry przyjaciel. Książka z listy tych, które w jakiś sposób zmieniły moje życie. Lektura dzięki, której jestem tu gdzie jestem. Historia, która ponad dziesięć lat temu nauczyła mnie kochać literaturę trochę inaczej. Ach, no tak. Poznała mnie też z autorem, który stał się towarzyszem wielu bezsennych nocy. Lubię go czasami nazywać autorem mojego życia, wiem, brzmi niemal tragicznie, ale jest jak jest. Zielona Mila. Piszę o tobie od miesiąca i nie potrafię znaleźć odpowiednich słów. 


Rok 1932. W więzieniu stanowym Cold Mountain pojawia się nowy więzień, John Coffey (czyta się jak kawa, pisze inaczej). John został skazany na śmierć za gwałt i morderstwo dwóch małych dziewczynek, jego wina jest niepodważalna, krew i dwa martwe ciała ściskane w ogromnych dłoniach są wystarczającymi dowodami. W bloku E czeka na wykonie wyroku, może się jednak okazać, że nie wszystko jest takie na jakie wygląda.. 

Kiedy po raz pierwszy czytałam 'Zieloną Milę' nie do końca wiedziałam czego się spodziewać. Przede wszystkim, nazwisko Kinga nic mi nie mówiło. Byłam na etapie miłości do Shakespeare'a i Trylogii Husyckiej. No, był też Zmierzch, ale o tym nie mówimy głośno. Później wiele się zmieniło (nadal kocham Shakespeare'a i Sapkowskiego). Pozwólcie, że przedstawię wam historię o tym jak King zawojował moje życie w wersji mocno okrojonej:

Moi znajomi ciągle mówili o filmie Zielona Mila. Nie słuchałam.

Jakiś czas później poszłam do księgarni, zobaczyłam znajomy tytuł, pomyślałam, że mogę przeczytać, kupiłam swoją pierwszą książkę (wydanie kieszonkowe), wyszłam z księgarni.

Wróciłam do domu. Zaczęłam czytać. Przepadłam.

Tak było dziesięć lat temu. Dzisiaj mam za sobą wiele historii napisanych przez Kinga. Pracę licencjacką o jego twórczości. Kilka załamań nerwowych i huśtawek emocjonalnych. Postanowiłam też zacząć,  od czasu do czasu, poczytywać Kinga w oryginale. The Green Mile nie była moim pierwszym wyborem, ale z perspektywy mnie siedzącej teraz przed komputerem, nadal nie mogącej pozbierać się emocjonalnie po tej historii, jedynym słusznym. Bo widzicie, nieważne ile razy będę jeszcze czytać Zieloną Milę, zawsze kończę tak samo. Rozbita, emocjonalnie rozjechana, zalewająca się łzami, mimo, że przy książkach płaczę raczej sporadycznie. Przy książkach Kinga nieco częściej.

Narracja poprowadzona sprawnie i bez większego owijania. Pomyślałam, że to ważne skoro King jest znany z prowadzenia wielu wątków okrężną drogą. Nie tym razem. Historię poznajemy z punktu widzenia Paula Edgecombe, głównego klawisza bloku E, którego możecie sobie wyobrażać jako Toma Hanksa. W tym wypadku pierwszoosobowa narracja ma sens. Poznajemy więzienną rzeczywistość ze stanowiska osoby, która była naocznym światkiem, ale nie wiedziała wszystkiego. Uczucia targane naszym narratorem, wszystkie jego myśli i niepewności należą po części do nas, stapiamy się z jego osobą. Boimy się razem z nim. Czujemy niechęć razem z nim. Jesteśmy niepewni razem z nim. Krótko mówiąc, narracja pierwszoosobowa była niemal niezbędna i jestem za nią wdzięczna. 

Kolejny element, za który jestem wdzięczna, to fantastycznie wykreowani bohaterowie. Nie napisałam chyba nigdy recenzji książek Stephena Kinga, w której nie wychwalałabym jego zmysłu obserwatorskiego. Jego postaci zawsze są z krwi i kości, tak ludzcy, że czasem przeraża. Drapią się po nosie kiedy trzeba, śmieją się kiedy trzeba, jak mają utykać to utykają. Ich zachowanie często ma drugie dno, nigdy nie są płaskie. Jak King coś tworzy to tworzy to z rozmachem, nie pomija żadnego szczegółu. Czytelnik wie, że ktoś jest paskudnym człowiekiem, nawet jeżeli autor nie mówi tego wprost. Czasami mówi. Zielona Mila nie jest wyjątkiem, a więzienie stanowe to idealne środowisko dla wyobraźni autora i jego kunsztu. 

Pan Stephen ma specjalne miejsce w moim sercu, przez co czasami może się wydawać, że obejmuje go czytelniczy immunitet i moje oceny są bardzo subiektywne. W tym miejscu chcę was zapewnić, że tak nie jest. Jeśli chcę, potrafię być bezwzględnie upierdliwa. Czytając The Green Mile po raz drugi, starałam się znaleźć wady pominięte przy naszym dziewiczym spotkaniu dziesięć lat temu.. nie znalazłam nic. Nie powiem, że jest mi specjalnie przykro. Znamy się od dawna, poznaliśmy swoje słabe i mocne strony. Czasami przymykam oko i udaję, że nie widzę, ale okłamywanie innych czytelników nie leży w mojej naturze. Zielona Mila to po prostu niewyobrażalnie dobrze napisana historia. Prawda bywa prosta.

Zielona Mila to dowód, że King nie jest 'tylko' mistrzem horroru, ale też znakomitym pisarzem. Możemy się o to pokłócić jeśli chcecie, mam szafę pełną argumentów specjalnie na takie okazje. Może nawet dwie.. i pół piwnicy. Czasami staram się spojrzeć na jego twórczość trochę z boku, udając, że ja to nie ja. Trzymając The Green Mile w dłoniach, oddychając nią i chłonąc każde słowo, miałam czysty umysł. Nie myślałam o tym, że to King. Chłonęłam historię jakbym nie czytała jej nigdy wcześniej. Koniec końców, zakochiwałam się raz po raz, przy każdej nowej stronie. Ta książka ma, i zawsze będzie miała, specjalne miejsce w moim sercu. Może dlatego, że mam łzy w oczach kiedy myślę o tej historii. Wyjątkowa. Piękna. Emocjonalnie niszcząca. Ja polecam (po raz kolejny i z czystym sumieniem). Wiecie co powinniście teraz zrobić, prawda?


***
Tytuł: The Green Mile
Autor: Stephen King
 Wydawnictwo: Orion Publishing Co
Liczba stron: 433
Ocena: 10/10 
***